Remont, czyli czego nie udało się zobaczyć

Akropol, Hagia Sofia, budynek Parlamentu w Budapeszcie, katedra w Pizie, baptysterium we Florencji, katedra w Surrey, zamek Moritzburg, Polonnaruwa… całkiem fajna lista miejsc do zobaczenia, choć w naszym przypadku to lista miejsc, których… nie widzieliśmy. A przynajmniej nie w całości.

Nie widzieliśmy, bo w czasie, gdy je odwiedzaliśmy, były właśnie w remoncie…

Właściwie to jest dość normalne – każdy zabytek z kilkusetletnią historią musi podlegać regularnym renowacjom, a zdecydowanie lepiej zamykać po kolei kolejne sale lub zakrywać kolejne ściany, niż zdecydować o remoncie całości i zamknięciu całego obiektu dla turystów.

Jednak nie zmienia to faktu, że remont może zburzyć naszą idealną podróż. Dla mnie osobiście najbardziej przykry był remont imponującej Hagia Sofia w Stambule, który zajmował połowę imponującego wnętrza. Byłem pod wrażeniem tego miejsca, ale zastanawiam się, o ile bardziej by mi się spodobało, gdybym mógł je zobaczyć w całej okazałości. Niestety, pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

Czasami, zwłaszcza w krajach mniej rozwiniętych, remont to też okazja do zobaczenia miejscowych wynalazków…

… lub poznania miejscowych robotników.

Tak czy siak warto sprawdzić przed podróżą, czy akurat nie jest remontowane miejsce, na którym najbardziej nam zależy. Chyba sami musimy wprowadzić tę zasadę w życie…

Travellersi.pl

Azure Window, Malta

Niestety, dotarły do nas wieści, że dwa dni temu zawaliło się Azure Window, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najwspanialszych naturalnych atrakcji turystycznych Malty, a dokładnie jej mniejszej siostry – Gozo.

W 2014 roku udało nam się odwiedzić to niesamowite miejsce, a nawet popływać pod sklepieniem wspaniałego łuku.

Znaczące jest to, że wspaniałe Niebieskie Okno zawaliło się na skutek tych samych sił natury, które je stworzyły, i które gdzieś w innym miejscu wybrzeża tworzą kolejny podobny cud natury, który zapewne nie powstanie za naszego życia.

Mieszkańcy Malty dobrze przygotowali się do przyjmowania turystów, którzy przybywali podziwiać Azure Window. Wycieczki łodzią, punkty gastronomiczne, obowiązkowy punkt trasy autobusu wycieczkowego – bardzo możliwe, że brak tej wyjątkowej formacji skalnej będzie miał poważne konsekwencje dla lokalnych mieszkańców.

Zawalenie się łuku na skutek sztormu i porywistego wiatru to dowód na to, że nasz świat stale się zmienia i to, co zobaczymy dzisiaj, już za chwilę może wyglądać zupełnie inaczej, albo w ogóle zniknąć. Dlatego zachęcamy, by korzystać z każdej nadarzającej się możliwości na poznanie tego, co nas otacza.

Travellersi.pl

Rzymski Panteon

Naszym zdaniem to właśnie Panteon, a nie Koloseum, Watykan, czy Schody Hiszpańskie jest najwspanialszym zabytkiem Rzymu. To najlepiej zachowana budowla pochodząca ze starożytnego Rzymu, łącząca w sobie kunszt budowniczych z symboliką związaną z wierzeniami ówczesnych mieszkańców miasta. Od początku, jak wskazuje również nazwa (gr. pantheon: pan – wszystek + theos – bóg), była świątynią wszystkich świętych.

Pierwsza świątynia powstała w tym miejscu w 27 r.p.n.e. z fundacji Agryppy, zięcia i współpracownika cesarza Oktawiana Augusta. Posiadała wówczas tradycyjny, prostokątny kształt. Niestety, spłonęła niemal całkowicie podczas wielkiego pożaru Rzymu w 80 r.n.e. Pozostałością po pierwotnej świątyni jest prostokątny portyk z kolumnadą i napisem fundacyjnym. Ciekawostką jest, że trzy kolumny ze wschodniego rogu zostały w czasach późniejszych zastąpione przez papieży kolumnami znalezionymi w Termach Sewera i na Kapitolu. Nie wiadomo, co się stało z oryginałami.

Skuteczną odbudowę, zakończoną w 125 r.n.e., przeprowadził cesarz Hadrian (ten od muru w Anglii). Budowniczym nowej świątyni na planie koła był Apollodoros z Damaszku (stracony później za skrytykowanie zaprojektowanej przez cesarza świątyni Wenus i Romy). Nie licząc otwierającego się na plac portyku Panteon z zewnątrz nie robi imponującego wrażenia – przysadzista bryła w kolorze ceglastym nie jest ozdobiona żadnymi rzeźbami lub innymi ozdobnikami. Cały sekret kryje się w środku.

Wrażenie robi przede wszystkim wspaniała proporcja kształtów wewnątrz budowli. Zbudowana na planie koła świątynia wpisuje się dodatkowo w bryłę kuli. Oznacza to, że średnica podstawy i kopuły, wynosząca 43,6m, jest także wysokością całej budowli. Promień kopuły jest jednocześnie równy wysokości ścian. Aby utrzymać te proporcje średnica ścian kopuły u podstawy wynosi 6,4m, a na jej szczycie zaledwie około 1m. Od spodu pokrywa ją 140 kasetonów ułożonych w 5 rzędów po 28 kasetonów w każdym, przy czym im bliżej szczytu, tym są one mniejsze. Cała kopuła waży ponad 4,5 tys. ton! O kunszcie budowniczych niech świadczy fakt, że przez 1300 lat od momentu zbudowania kopuła ta była największą na świecie!

W centrum kopuły znajduje się oculus o średnicy 8,92m. Jest to jedyne źródło światła w świątyni, a jednocześnie łącznik z bogami, nazywany „wszystko widzącym okiem niebios”. Wpadające przez niego promienie światła wędrowały po świątyni stanowiąc swoisty zegar słoneczny. Ponieważ nie jest on niczym osłonięty podłoga poniżej jest nieco wklęsła, by odprowadzać wodę podczas deszczu.

Wnętrze podzielone jest na osiem kierunków świata. Wejście, poprzez ogromne, ważące 20 ton brązowe drzwi, znajduje się od północy. Pozostałych siedem nisz przeznaczonych było dla siedmiu najważniejszych rzymskich bóstw: Jowisza, Marsa, Neptuna, Wenus, Merkurego, Saturna i Plutona.

Nieprzypadkowo są to jednocześnie nazwy planet w Układzie Słonecznym – cały Panteon jest silnie związany z astronomią. Umieszczony w suficie oculus został zbudowany tak, że raz w roku, w południe 21 kwietnia, w dacie mitycznego założenia Rzymu, wpadające przez niego promienie słońca oświetlają wejście do budowli. Zgodnie z tradycją w tym momencie do świątyni wkraczał cesarz potwierdzając w ten sposób ścisły związek cesarstwa z wszechświatem.

Po przyjęciu chrześcijaństwa jako oficjalnej religii Rzymu znaczenie świątyni zmalało. Została ona również uszkodzona podczas najazdów barbarzyńców w V w.n.e. W końcu w 608 r.n.e. świątynia została przekazana chrześcijanom i decyzją papieża Bonifacego IV przekształcona w kościół pw. Najświętszej Maryi Panny od Męczenników. Dzięki temu budowla uniknęła losu wielu innych z okresu rzymskiego i nie została zniszczona ani rozebrana. Ciekawostką jest to, że konsekracja świątyni przez papieża nastąpiła 1 listopada 609 roku i jest to jeden z powodów, dla którego właśnie tego dnia obchodzimy święto Wszystkich Świętych.

Niestety, przejęcie budowli przez chrześcijan nie oznaczało, że nie zostało zniszczone jej wnętrze. Na polecenie cesarza Konstantyna II Brodatego w połowie VIIw. zdjęto z dachu pozłacane brązowe płytki na potrzeby bicia monet, a w 1632 roku, na polecenie papieża Urbana VIII Barberiniego, przetopiono pozostałe brązowe elementy wyposażenia wnętrza na odlanie spiralnych kolumn podtrzymujących baldachim nad ołtarzem głównym Bazyliki św. Piotra oraz armaty do Zamku Świętego Anioła. Rzymianie powtarzali wówczas złośliwie: Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini (Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, tego dokonali Barberini).

W późniejszym okresie budowla pełniła funkcję fortecy, czy hali targowej. Odbudowano ją dopiero w renesansie pod kierownictwem Rafaela Santiego, znajduje się tu zresztą jego grób. Współczesne wyposażenie świątyni stanowią wspaniały ołtarz główny z początku XVIIIw., a także kaplice grobowe zawierające szczątki m.in. królów Włoch Wiktora Emmanuela II i Umberto I. Kościół słynie również jako świątynia ślubna i ma swoje miejsce w popkulturze, m.in. tutaj kręcono zdjęcia do ekranizacji „Aniołów i demonów” Dana Browna.

Plac przed świątynią to typowe rzymskie piazza, pełne kafejek, restauracyjek, ulicznych sprzedawców i rzymskich legionistów, z którymi można zrobić sobie zdjęcie. Warto przysiąść na chwilę na stopniach fontanny lub napić się kawy w Tazza d’Oro, podobno najlepszej kawiarni w mieście.

Gdybyśmy mieli odwiedzić Rzym tylko na chwilę Panteon na pewno znalazłby się na naszej shortliście zabytków do odwiedzenia – nie może go także zabraknąć na Waszej!

Travellersi.pl

Kanion Antylopy – tajemniczy cud natury

Kanion Antylopy to jedno z najwspanialszych miejsc na Ziemi. Jest to jasne dla każdego, kto go odwiedzi. Wąski i stromy kanion wyrzeźbiony przez wodę w obłe kształty, mieniący się wszystkimi kolorami piaskowca od żółci po ciemny brąz, oszałamiający nierównościami, zaburzoną pespektywą i załomami nie pozwalającymi dostrzec jego końca. Wspaniały obraz malowany przez światło padającego słońca i cienie rzucane przez skały.

Właściwie mówimy o dwóch kanionach – lepiej znanym górnym, leżącym na poziomie koryta potoku i będącym bohaterem wielu fotografii, oraz mniej znanym dolnym, do którego trzeba zejść kilka metrów poniżej poziomu gruntu. Nam udało się odwiedzić kanion górny. Na dolny zabrakło niestety czasu, a i pogoda nie pozwoliła nam na taką wycieczkę.

Sam kanion jest wąską szczeliną wyrzeźbioną przez powodzie błyskawiczne powodowane przez silny okresowy potok płynący ku rzece Kolorado. Wystarczy, że na płaskowyżu ponad kanionem spadnie kilka milimetrów deszczu, a potężna zlewnia powoduje, że kanion może zostać w ciągu kilku chwil zalany na wysokość kilku metrów.

W 1997 roku jeden z niewielu tego typu wypadków spowodował śmierć 11 osób. Od tego momentu informacje pogodowe są ściśle monitorowane i w razie konieczności kanion jest ewakuowany.

Niestety, podczas naszego pobytu pogoda nie była najlepsza, padał lekki deszcz i światła było niewiele. Za to przeżyliśmy ewakuację kanionu, gdy przewodnicy otrzymali informację, że na płaskowyżu doszło do poważnym opadów deszczu i groźba powodzi stała się naprawdę realna. W ciągu kilku minut musieliśmy opuścić kanion i samochodami jak najszybciej wróciliśmy na parking.

Obecnie kanion znajduje się na terenie rezerwatu Indian Navajo i mają oni monopol na organizowanie wycieczek. Firm jest kilka, ale wszystkie startują z tego samego parkingu, a koszt wycieczki jest podobny – około 40$. Warto jedynie pamiętać o tym, by zarezerwować wycieczkę wcześniej, gdyż często są one wyprzedawane z wyprzedzeniem.

Na parkingu wsiadamy na pakę ciężarówki przystosowaną do przewożenia turystów i po około 10 minutach docieramy do wejścia do kanionu.

Zwiedzanie trwa około 30 minut, chyba, że zdecydujemy się na zdecydowanie droższą wycieczkę fotograficzną, która trwa dłużej i każda grupa jest mniejsza, by umożliwić wszystkim zrobienie jak najlepszych ujęć tego cudu przyrody.

Spokojny spacer przez kanion to okazja do podziwiania coraz to nowych formacji wyłaniających się za każdym jego załomem, kolorów kolejnych warstw piaskowca, przez który przebiła się woda i światła, które buduje wyjątkową atmosferę tego miejsca.

Przy wyjeździe żegnał nas widok nadchodzącej burzy, a stalowoszare niebo wspaniale kontrastowało z żółtym piaskiem i zielenią nielicznych roślin.

Po zwiedzaniu zachęcamy wszystkich do spróbowania pysznego teksańskiego grilla w restauracji Big John’s Texas Barbecue w pobliskim miasteczku Page – próbowaliśmy i zdecydowanie polecamy!

Przy okazji mieliśmy możliwość podziwiania niezwykłego połączenia burzy piaskowej i deszczowej, która przeszła nad kanionem, który przed chwilą odwiedziliśmy.

Jeśli wybieracie się w te okolice USA zdecydowanie wybierzcie się do Kanionu Antylopy – wrażenia są niezapomniane!

Travellersi.pl

Klasztor pocysterski w Sulejowie

Zaledwie 20 km na wschód od Piotrkowa Trybunalskiego, w Sulejowie, znajduje się jedna z perełek na polskim szlaku cysterskim – wspaniały kościół i klasztor z połowy XIIw. To miejsce warte odwiedzenia nie tylko z uwagi na swoją historię, ale również na tajemniczą atmosferę, jaka tutaj panuje.

Kazimierz Sprawiedliwy, książę wiślicki i sandomierski, sprowadził w 1176 roku dwunastu Cystersów z klasztoru Morimond i osadził ich na prawym brzegu Pilicy, w pobliżu wsi Sulejów. Z wydarzeniem tym związana jest legenda, zgodnie z którą książę Kazimierz przebywał w tym rejonie na polowaniu. W pewnym momencie, w pogoni za jeleniem, oddalił się samotnie od swoich towarzyszy i zgubił w lesie, a co gorsza rozpoczęła się potężna burza. Książę szukał pomocy w modlitwie i wówczas usłyszał słowa: „Zbuduj w tym miejscu Kościół, a doprowadzę Cię do sług Twoich.” Książę przyrzekł wykonać wolę boską, a wówczas u jego boku pojawiło się dwanaście lwów, które doprowadziły go bezpiecznie do jego dworu. Na pamiątkę tego wydarzenia książę kazał umieścić w kościele dwanaście pięknie rzeźbionych w drewnie lwów.

Klasztor rozwijał się i z początkiem XIIIw. rozpoczęto budowę świątyni, która w 1232 roku została konsekrowana przez arcybiskupa gnieźnieńskiego, Pełkę. W połowie XIIIw. kapituła generalna wyznaczyła mnichów z Sulejowa do obsadzenia nowej placówki, która miała powstać w Byszewie na Pomorzu. Zwieńczyło to okres rozkwitu opactwa, które od tego momentu spotkał szereg nieszczęść – najazd Tatarów, spór o dobra ziemskie, konflikty z pobliskim rycerstwem, a w końcu rozprężenie wśród mnichów. W 1285 roku interweniowała kapituła generalna, której decyzją konwent sulejowski przeniesiono do Byszewa i na ich miejsce sprowadzono mnichów z Wąchocka.

Dalszy rozwój klasztoru związany był z przywilejem nadanym w 1308 roku przez króla Władysława Łokietka, który potwierdzał dotychczasowe nadania i zwalniał mieszczan sulejowskich z opłat targowych i ceł. W 1318 roku odbył się w Sulejowie słynny zjazd, podczas którego uchwalono tzw. suplikę sulejowską dotyczącą przyszłej koronacji Łokietka. W 1410 rok zatrzymał się tu Władysław Jagiełło w drodze pod Grunwald, a w 1431 roku klasztor został ponownie spalony przez Tatarów, co zaowocowało rozbudową umocnień obronnych.

W roku 1640 rozpoczęto budowę murowanej świątyni na miejscu dotychczasowego drewnianego kościoła – została ona konsekrowana dopiero w 1748 roku. Zabudowania kościoła i miejscowości zostały poważnie zniszczone podczas potopu szwedzkiego i pożaru z 1731 roku.

Podczas rozbiorów klasztor znalazł się na terenie zaboru austriackiego, ale miasteczko znalazło się pod panowaniem pruskim. W 1819 roku władze carskie dokonały kasacji klasztoru, a jego zabudowania przeznaczono na ochronkę dla dzieci i przekazano lokalnej diecezji.

Działania podczas obu wojen światowych w nieznacznym stopniu dotknęły zabudowania klasztoru, wymagane były więc jedynie niewielkie prace konserwatorskie. W 1986 roku kościół i część klasztoru zwrócono Cystersom i obecnie znajduje się tu przeorat zwykły obsadzony przez Cystersów z Wąchocka.

Dzisiaj większość zabudowań klasztoru przekształcono w nowoczesny hotel, ale na jego dziedziniec i do samego kościoła wstęp jest wolny.

Klasztor otaczają fragment murów obronnych z basztami.

W samym kościele znajduje się również święty obraz Matki Boskiej Pompejańskiej Różańcowej. Kult tego obrazu został zapoczątkowany w drugiej połowie XIXw. przez emerytowanego adwokata Bartolo Longo, nawróconego kapłana sekty satanistyczne. Zbudował on w Pompejach kapliczkę i sprowadził tam obraz Matki Boskiej Różańcowej. Kopie tego obrazu rozchodziły się po całej Europie.

Obraz w Sulejowie jest jedną z nich, ale wiąże się z nim ciekawa historia. W 2002 roku proboszcza kościoła odwiedził pewien mężczyzna ze Śląska z prośbą o otworzenie kościoła, ale zamiast go zwiedzać lub się modlić zaczął oglądać ścianę pod chórem. Znalazł w niej otwór, w którym znajdowała się pierwotnie rzeźba będąca w tym czasie w renowacji. Wówczas opowiedział proboszczowi historię, która mu się przydarzyła. Remontując jako robotnik dom znalazł na strychu stary obraz Matki Boskiej Pompejskiej i od jego właściciela otrzymał zgodę, by go zabrać. Jakiś czas później w jego własnej piwnicy objawiła mu się Matka Boska, która kazała mu udać się do Sulejowa do kościoła z dziurą w ścianie i tam przekazać ten właśnie obraz. Tak też się stało.

Zapraszamy do wizyty w Sulejowie, na pewno się Wam spodoba.

Travellersi.pl

Zapraszamy do śledzenia naszego bloga na Bloglovin

Koleją przez Chiny

Chiny to ogromny kraj – jak się po nim poruszać? My wybraliśmy pociągi i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni, z wielu powodów. W Chinach funkcjonuje kilka typów pociągów. Najnowocześniejsze to szybkie pociągi (nazywane CRH) rozwijające prędkość ponad 300 km/h , których sieć połączeń rozwija się bardzo dynamicznie. Pociągi średniej klasy to tzw. soft seat i soft sleeper, czyli pociągi z miejscami siedzącymi i kuszetkami. Ważne jest to, że miejsca na nie są numerowane. Najniższa klasa pociągów to tzw. hard seat i hard sleeper, na które nie ma rezerwacji miejsc, co przy liczbie ludności Chin automatycznie oznacza ogromny tłok. Podczas naszej podróży po Państwie Środka korzystaliśmy z pociągów typu hard seat, soft sleeper i szybkich pociągów długodystansowych.

Lokomotywa szybkiego pociągu, Pekin
Lokomotywa szybkiego pociągu, Pekin

Zacznijmy jednak od początku. Wejście na dworzec przypomina wchodzenie na lotnisko w kraju europejskim. Wejść można tylko z biletem, a wszystkie bagaże są prześwietlane. Za to same dworce są ogromne! W Pekinie wyjeżdżaliśmy z dworca południowego, w którym znajdowało się 8 hal wielkości Dworca Centralnego w Warszawie połączonych szerokim, półkilometrowym tunelem. Dworce w „mniejszych” miastach chińskich są nowoczesne, ale raczej nijakie.

Hala wejściowa, dworzec w Pekinie
Hala wejściowa, dworzec w Pekinie

Zakup biletów sam z siebie jest niezłą przygodą. Można próbować przez Internet, co jest tańsze, ale przy braku znajomości chińskiego dość trudne. Zakup biletów samodzielnie przy kasie to zestaw min i gestów w nadziei, że osoba po drugiej stronie szyby zrozumie, o co nam chodzi. Najlepiej mieć już sprawdzony numer pociągu i pokazać na mapie chińską nazwę miasta, do którego chcemy się udać. Należy też mieć ze sobą paszport. Na szczęście wiele hoteli i hosteli oferuje pośrednictwo w zakupie biletów i naszym zdaniem przynajmniej w pierwszych dniach pobytu w Chinach warto z tego skorzystać.

My spieszyliśmy się na pociąg z Szanghaju do Hangzhou. Po odstaniu swojego w chińskiej kolejce (to akurat temat na zupełnie inną opowieść) dotarliśmy wreszcie do kasy z nadzieją, że 15 minut zapasu do odjazdu pociągu wystarczy na zakup biletu. Myliliśmy się. Pani po drugiej stronie w końcu zrozumiała o jaki pociąg i miasto chodzi, po czym grzecznie wzięła nasze paszporty i… poszła na przerwę obiadową. Wróciła po 20 minutach, a my spokojnie mogliśmy czekać na kolejny pociąg.

Komunikaty dotyczące rozkładu jazdy podawane były niestety jedynie w języku chińskim, więc kierować mogliśmy się tylko jedynymi zrozumiałymi dla nas znakami – numerem pociągu zapisanym cyframi arabskimi.

W samej poczekalni zasiedliśmy na dwóch ostatnich krzesełkach. Po pół godzinie głośnik coś zabrzęczał i wszyscy nagle wstali i ustawili się w kolejce do wejścia. Domyśliliśmy się, że właśnie zapowiedziano nasz pociąg. Czekaliśmy może z 15 minut, gdy z głośnika znowu usłyszeliśmy kompletnie niezrozumiały dla nas komunikat i wszyscy… usiedli – znak, że pociąg ma opóźnienie. Tylko jak wielkie? W końcu udało nam się z kimś porozumieć korzystając z kartki i długopisu. Nie oznacza to jednak pisania po chińsku, bardziej przypominało to pismo obrazkowe – przekreślona planowana godzina odjazdu i znak zapytania. Takie sytuacje to jeden z najlepszych momentów, by nawiązać kontakt z miejscowymi nawet nie znając ich języka.

Poczekalnia na dworcu w Szanghaju
Poczekalnia na dworcu w Szanghaju
Korytarz na dworcu w Hangzhou
Korytarz na dworcu w Hangzhou
Korytarz na dworcu w Hangzhou
Korytarz na dworcu w Hangzhou

Warto też wspomnieć o jeszcze jednym zwyczaju Chińczyków, do którego trzeba się jak najszybciej przyzwyczaić, aby zachować zdrowie psychiczne – permanentnym pluciu i wyrzucaniu wszystkiego na podłogę, pomimo wszechobecnych zakazów. Lądują tam opakowania, skorupki po orzechach, papierki, obgryzione kurze pazury i wiele innych rzeczy, których lepiej nie identyfikować. Co najgorsze, robią to nie tylko na ulicy, ale również na dworcach, czy w samych pociągach. W związku z powyższym regularnie co najmniej raz na godzinę wszystkie podłogi stałe i poruszające się są zamiatane i czyszczone.

Poczekalnia na dworcu w Pingyao
Poczekalnia na dworcu w Pingyao

Pierwszym naszym pociągiem był nocny soft sleeper z Pekinu do Da’Tong. To bardzo dobry sposób na to, by wyspać się podczas prawie ośmiogodzinnej podróży, nie płacić za nocleg w hotelu czy hostelu i mieć cały dzień na zwiedzanie okolic Da’Tong, m.in. wspaniałych posągów Buddy. W pociągu łóżka mają trzy poziomy, są całkiem długie, bo mieściłem się bez problemu. Pościel była świeża i czysta, a w wagonie było przyjemnie ciepło. Na samym początku podróży konduktorka zebrała nasze bilety i sprawdziła, przed którą stacją ma nas obudzić, co faktycznie zrobiła. Z dobrych rad – warto zabrać ze sobą linkę z kłódką, by na wszelki wypadek przypiąć swoje bagaże. Kolejną naszą podróżą był odcinek z Da’Tong do Pingyao, który również pokonaliśmy kuszetką.

Pociąg soft sleeper, trasa Pekin - Da'Tong
Pociąg soft sleeper, trasa Pekin – Da’Tong
Pociąg soft sleeper, trasa Pekin - Da'Tong
Pociąg soft sleeper, trasa Pekin – Da’Tong

Dalsza droga prowadziła nas z Pingyao do Xi’An, pierwszej stolicy cesarskiej i miasta, od której nazwę wzięły Chiny. Większość turystów, a właściwie wszyscy, poza nami, wybrali wygodne autobusy. My zdecydowaliśmy, że sprawdzimy, jak to jest jechać pociągiem hard seat. To była jedna z ciekawszych i bardziej pouczających podróży w naszej historii. Jak już wspomnieliśmy na hard seat nie ma miejsc numerowanych, więc w pociągach panuje ogromny tłok. Samo wejście było dużą sztuką i w końcu lepiej zrozumiałem opowieści Rodziców o wchodzeniu do pociągów przez okna w czasach PRLu. My jakimś cudem wepchnęliśmy się i znaleźliśmy kawałek wolnego miejsca w przejściu.

Pociąg hard seat, trasa Pingyao - Xi'An
Pociąg hard seat, trasa Pingyao – Xi’An

Z miejsca staliśmy się największą atrakcją pociągu – jedynymi białymi. Wszyscy w wagonie co najmniej przez pół godziny nas dokładnie obserwowali, nawet ci siedzący tyłem do nas natychmiast obrócili się i klęknęli na siedzeniach. W końcu trzeba było zobaczyć, jak się biali moszczą na własnych plecakach, jak czytają książkę i jedzą bułkę.

Pociąg hard seat, trasa Pingyao - Xi'An
Pociąg hard seat, trasa Pingyao – Xi’An

Przez cały pociąg tam i z powrotem jeździł wózek z jedzeniem – zupkami chińskimi, owocami i kurzymi łapkami. Oznaczało to, że mniej więcej co pół godziny musieliśmy podnieść wszystkie swoje bagaże, które stały w przejściu, bo wszystkie półki były już zajęte, żeby zrobić miejsce dla obwoźnego sprzedawcy. Sprzedawcy, który zachwalał swój towar wykrzykując nazwy potraw, a którego melodię pamiętamy dokładnie do dziś. To jedno z najmocniejszych wspomnień z Chin.

Pociąg hard seat, trasa Pingyao - Xi'An
Pociąg hard seat, trasa Pingyao – Xi’An

Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu – wszyscy Chińczycy noszą przy sobie butelki z zieloną herbatą, do której nieustannie dolewają gorącą wodę dostępną w sklepach, świątyniach czy centrach handlowych. W każdym pociągu również jest miejsce, gdzie można ją nalać, nie tylko w celu zrobienia herbaty. Gdzieś około godziny obiadu nagle wszyscy wyjęli swoje zupki chińskie w pudełkach i wybrali się po gorącą wodę, a potem zaczęli jeść – jeśli ktoś zna chiński sposób jedzenia z łatwością może sobie wyobrazić ogromny, siorbiący zupkę chińską wagon. Co mieliśmy zrobić, też kupiliśmy sobie zupkę i zjedliśmy ze wszystkimi. W końcu jeśli wpadniesz między wrony, musisz krakać tak, jak one.

Pociąg hard seat, trasa Pingyao - Xi'An
Pociąg hard seat, trasa Pingyao – Xi’An

Nawiązywanie relacji z podróżnymi nie było łatwe, okazało się, że tylko jedna młoda Chinka zna słabo angielski, a naszym najlepiej opanowanym stwierdzeniem było „ło bo dong”, czyli „nie rozumiem”, co akurat w tym momencie było mocno przydatne. Najbardziej pomagał uśmiech. Najpierw trzeba było wytłumaczyć, gdzie jest Polska, co nie było łatwe. Wyjęliśmy więc mały album o Wrocławiu, który wzięliśmy właśnie na takie okazje i puściliśmy po wagonie. Oglądali bardzo skrupulatnie, aż w końcu doszli do zdjęć z zoo. Cóż, musieliśmy wytłumaczyć, że jednak żyrafy u nas po ulicach nie biegają.

Brzydsza połowa Travellersów ma dużą stopę, taką numer 48. Co wzbudziło zainteresowanie miejscowych, dla których buty wyglądały bardziej na kajak, niż coś na nogę. Zdjąłem więc buta i puściłem dookoła, by poprzymierzali go do swoich klapek. W pewnym sensie historia zatoczyła koło – chiński but, wyprodukowany w Chinach przez chińskich pracowników wzbudził sensację w chińskim pociągu.

Pociąg hard seat, trasa Pingyao - Xi'An
Pociąg hard seat, trasa Pingyao – Xi’An

Z tej dziesięciogodzinnej podróży pobraliśmy jeszcze jedną bardzo ważną nauczkę – należy dokładnie sprawdzać, na jakiej stacji zatrzymuje się pociąg. Nasz nie zatrzymywał się na Xi’An Główny, tylko Xi’An Południowy. Czy to może być daleko od siebie? Cóż, może – jakieś 50 km. Kłopotliwe zwłaszcza, gdy wysiada się tam w nocy, a okolica okazuje się odludziem. Na całe szczęście udało nam się zabrać samochodem z lokalnymi do centrum Xi’An.

Podróżując po Chinach mieliśmy ze sobą przewodnik wydany 3 lata wcześniej. Znajdowała się w nim informacja o planowanej linii szybkiej kolei, która miała połączyć Szanghaj z Pekinem – ponad 1500 km. Przeczytaliśmy ją pędząc ponad 300 km/h pociągiem właśnie na tej linii. To dowód na to, jaki wpływ na tempo prac ma zbytnia biurokracja.

Pociąg CHR, trasa Szanghaj - Pekin
Pociąg CHR, trasa Szanghaj – Pekin

Same szybkie pociągi są bardzo wygodne, nawet w drugiej klasie siedzenia są miękkie, wygodne i szerokie. Pędzą z prędkością bolidu Formuły 1, zatrzymując się jedynie na 5 stacjach na wspomnianej trasie. Bilety na nie lepiej kupić wcześniej, bo wówczas można sporo zaoszczędzić.

Lokomotywa szybkiego pociągu, Pekin
Lokomotywa szybkiego pociągu, Pekin

Jeśli ktoś korzysta z lotniska w Szanghaju ma możliwość skorzystania z niezwykłej magnetycznej kolejki Maglev, która w godzinach szczytu osiąga prędkość 420 km/h, a poza nimi marne 300 km/h. To ciekawe przeżycie, gdy pociąg w tempie ekspresowym wyprzedza samochody poruszające się po biegnącej równolegle autostradzie.

Na koniec jeszcze ciekawostka – najdłuższa trasa, na jaką trafiliśmy na rozkładzie jazdy w Chinach. Pociąg jadący z Szanghaju na daleki zachodni kraniec tego państwa, którego trasa trwa ponad 55 godzin!

Z naszej perspektywy pociągi to najpewniejszy sposób podróżowania po Chinach, a do tego okazja do wielu ciekawych przeżyć i poznania mieszkańców tego kraju.

Travellersi.pl

Ehh, te szkodniki…

Ludzie zamieszkali we wszystkich zakątkach Ziemi próbując ją sobie podporządkować i ułożyć wszystkie aspekty swojego życia. Kiedy jednak jakieś zwierzę dostosowuje się do stworzonych przez nas warunków i zaczyna korzystać z naszych upraw, zapasów lub osiedli, najczęściej nazywamy je szkodnikiem i próbujemy zwalczać. Dla nas w Polsce najpowszechniejszymi szkodnikami są małe gryzonie, głównie myszy i szczury. Jednak mogą nimi być również inne zwierzęta, które doskonale dostosowały się do stworzonego przez nas środowiska, i o nich właśnie chcemy opowiedzieć.

W Dolinie Baryczy znajdują się Stawy Milickie, największa w Polsce i jedna z największych w Europie hodowla ryb, a konkretnie karpi. To doskonałe miejsce do zamieszkania i lęgu dla wielu ptaków wodnych, takich jak kormorany, czaple i żurawie. Z tego powodu to wspaniały raj dla ornitologów. Jednak dla rybaków prowadzących hodowlę obecność tych ptaków to prawdziwa zmora, gdyż w wyniku ich działalności straty wynoszą około 3 mln zł rocznie.

Czapla, Stawy Milickie, Dolina Baryczy
Czapla, Stawy Milickie, Dolina Baryczy

Szkodniki nie muszą być wcale małe. Na odległej Sri Lance największym, zarówno dosłownie, jak i w przenośni, szkodnikiem jest słoń. Mieliśmy okazję mieszkać w małym hoteliku B&B w okolicy Sigiriji, którego właściciel opowiadał nam, że kilka razy słonie wyszły z dżungli i zniszczyły dużą część jego pól uprawnych, elementów gospodarstwa i ogrodzenia. Dlatego w wielu regionach popularne są płoty, często pod napięciem, zabezpieczające przed słoniami. Są nimi otoczone również parki narodowe, np. takie jak Udawalawe.

Słoń za ogrodzeniem parku Udawalawe, Sri Lanka
Słoń za ogrodzeniem parku Udawalawe, Sri Lanka

Zastanawialiśmy się, na ile problem włóczących się słoni jest poważny aż do momentu, gdy jadąc samochodem spotkaliśmy jednego z nich. Poniższe zdjęcie przedstawia słonia, przynajmniej tyle słonia, ile się udało uchwycić, zanim zniknął w lesie.

Słoń znika w dżungli Sri Lanki
Słoń znika w dżungli Sri Lanki

Teren środkowego zachodu USA to obszar pełen wspaniałych dzikich terenów i parków narodowych. To także obszar, którego władcami są niedźwiedzie – czarny i grizzly. A jak już małe dzieci wiedzą z bajki o mieszkającym w Jellystone Misiu Yogi – wszystkie misie lubią smakołyki, zwłaszcza te łatwo dostępne. Dlatego w parkach ustawiane są specjalnie zabezpieczone kosze na śmieci i ostrzeżenia, a okoliczni mieszkańcy muszą uważać gdzie i jak przechowują swoje zapasy i odpadki.

Kolejnym egzotycznym dla nas zwierzęciem traktowanym przez miejscowych jak szkodniki są krokodyle mieszkające w parku narodowym Everglades na Florydzie. Jest ich tam ponad 200 tys. Krokodyle nie są poważnym zagrożeniem dla dorosłych mieszkańców Florydy, ale zdarza im się zjeść kurczaki lub inne zwierzęta domowe oraz mogą zaatakować dzieci. Dlatego nie są zbyt lubiane przez miejscowych, którzy ochoczo korzystają z limitów odstrzału. Mięso z ogona krokodyla to miejscowy przysmak, smakujący nieco jak… kurczak, co możemy potwierdzić 🙂

Krokodyl, Park Narodowy Everglades, FL, USA
Krokodyl, Park Narodowy Everglades, FL, USA

Zresztą w tej okolicy powszechne są również inne szkodniki – szopy pracze. Dla nas dzikie zwierzęta, tam zamieszkały tuż przy ludzkich domostwach. Grzebią w śmietnikach, żebrzą pod restauracjami i niestety często są nosicielami chorób niebezpiecznych zarówno dla ludzi, jak i ich pupili.

Szop pracz przeszukuje śmietnik, Miamia, FL, USA
Szop pracz przeszukuje śmietnik, Miamia, FL, USA

Uważać trzeba również na małpy właściwie w każdym miejscu, w którym żyją one na wolności. Sprytne, zwinne i łatwo uczące się otwierać okna, furtki i inne zabezpieczenia, są najczęstszymi włamywaczami np. na wspomnianej już Sri Lance. Jednak nie tylko. Podczas zwiedzania Gibraltaru nasz przewodnik przypominał nam o tym, by pamiętać o zamykaniu okien w samochodzie, jeśli nie chcemy, by do bagaży dobrali się nasi najbliżsi kuzyni w świecie zwierząt.

Małpy, Gibraltar
Małpy, Gibraltar
Małpy, Sri Lanka
Małpy, Sri Lanka

Są też zwierzęta, które nauczyły się korzystać z ruchu turystycznego, np. ostronosy. Spotkaliśmy je przy okazji zwiedzania wodospadów Iguazu na granicy Argentyny i Brazylii. Sprytne zwierzaki kompletnie nie bały się ludzie i próbowały zaglądać do toreb i plecaków w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

Podczas jednej z podróży spotkaliśmy parę, która na co dzień mieszkała w Australii. Rozmowa zeszła na codzienne życie i na… kangury. Okazało się, że te zwierzęta, uważane przez nas na symbol całego kontynentu, dla jego mieszkańców są zwyczajnymi szkodnikami. Niszczą uprawy, włamują się do przydomowych ogródków i niestety powodują wiele wypadków drogowych. Czy to prawda? Nie mamy powodu nie wierzyć, ale mamy ochotę sprawdzić samemu! W końcu co kraj, to szkodnik!

Travellersi.pl

Zapraszamy do śledzenia naszego bloga na Bloglovin

Trim Castle – największa warownia w Irlandii

Zaledwie 50 km na zachód od Dublina, w niewielkiej miejscowości Trim nad rzeką Boyne, znajdują się ruiny największej warowni Irlandii – zamku Trim lub Caisleán Bhaile Atha Troim po irlandzku. Jej drewniana poprzedniczka zbudowana na południowym brzegu rzeki w XIIw. przez lorda Meath, Hugh de Lacy, została spalona przez króla Connachtu, Rodryga O’Connora w 1174r. Już rok później rozpoczęto konstrukcję kamiennego zamku, którego pozostałości możemy podziwiać do dziś.

Pod koniec XIIw. zamek był już największą fortecą Irlandii obejmującą ponad 1,2ha powierzchni, otoczoną murem obronnym o długości około 500m, wyposażonym w liczne bramy i umocnienia. W sercu warowni znajdował się potężny stołb o wysokości 21m i murach, których grubość sięgała 3m. Był on zbudowany na planie krzyża, co jest unikalne na tle innych tego typu budowli.

Twierdzę nazywano Zamkiem króla Jana, gdyż Jan bez Ziemi spędził w Trim dzień lub dwa w 1210r., choć najprawdopodobniej nie zatrzymał się na zamku. Kilka miesięcy w jego lochach spędził za to Henryk z Lancasteru, późniejszy angielski król Henryk IV, którego uwięził tu król Ryszard II.

Obecnie kompleks warowny obejmuje dobrze zachowany stołb, bramę wejściową i duże odcinki murów obronnych, a także kilka pozostałości po zabudowaniach w ich obrębie. Ruiny są dobrze oznaczone i opisane, a wszystkie znaki nawiązują do średniowiecznego rodowodu zamku. Sam stołb można zwiedzać z przewodnikiem.

Zamek jest pięknie oświetlony w nocy i robi wspaniałe wrażenie.

W 1995r. kręcono tu zdjęcia do hollywoodzkiej superprodukcji „Braveheart, Waleczne serce”. Podobno było to tak uciążliwe dla mieszkańców Trim, że podczas kręcenia sceny obrzucania Mela Gibsona zwiędłymi warzywami, miejscowi podmienili lekkie imitacje na prawdziwe, ciężkie warzywa. Ostatecznie skończyło się jedynie na kilku siniakach.

Samo miasto Trim wzmiankowane jest w dokumencie z VIIIw., w którym opisana jest historia św. Lomana, bratanka patrona Irlandii św. Patryka, który przybył w te rejony w 433r. Udało mu się nawrócić władcę tej krainy, Feidlimida i sprowadzić tutaj św. Patryka, który wybudował na południowym brzegu rzeki kościół. Po powstaniu zamku zbudowano w 1194r. most łączący oba brzegi rzeki, który został jednak zniszczony przez powódź w 1330r. Na jego miejscu zbudowano kolejny most, który istnieje do dzisiaj.

Obecnie w okolicy miejsca, w którym stał kościół, znajduje się samotna dzwonnica, zwana Żółtą Wieżą. Jest ona jedyną pozostałością klasztoru augustianów, który powstał w tym miejscu w XIVw. Została ona silnie uszkodzona podczas wojen w XVIw. i do dzisiaj pozostaje nieodbudowana.

Jeśli kiedykolwiek wybierzecie się na wycieczkę do Dublina i znajdziecie chwilę na krótki wypad poza miasto, Zamek Trim jest obok Newgrange miejscem zdecydowanie godnym polecenia.

Travellersi.pl

Zapraszamy do śledzenia naszego bloga na Bloglovin

Głowa Cukru

Głowa Cukru, czyli Pão de Açúcar, to obok posągu Chrystusa, stadionu Maracana i plaży Copacabana jeden z symboli Rio de Janeiro. Potężna skała wznosi się na wysokość 396 m n.p.m. nad zatoką Guanabara i jest punktem, z którego roztacza się najpiękniejszy widok na najbardziej znane miasto Brazylii. Nazwa została nadana przez Portugalczyków, którym kształt skały skojarzył się z kopcem cukru. Samo wzgórze i jego bezpośrednie otoczenie zostały ustanowione pomnikiem narodowym.

Na jej szczyt można dostać się za pomocą dwuetapowej kolejki linowej zwanej teleférico. Wybudowana w 1912 roku i zmodernizowana na przełomie 1972/73 roku, wyposażona w charakterystyczne przeszklone wagoniki, może jednorazowo zabrać ponad 60 pasażerów i w kilka minut zmienić perspektywę, z jakiej spoglądamy na Rio de Janeiro.

Stacja pośrednia znajduje się na Morro de Urca, z której dobrze widać zatokę i plażę Botafogo.

Zdecydowanie najpiękniejszy widok można ujrzeć po wjechaniu na sam szczyt Głowy Cukru. Piękna panorama Rio de Janeiro, obejmująca zielone wody Atlantyku i niebieskie zatoki, złoty kolor piasku plaż Copacabana, Ipanema i Botafogo, wspaniałe wzgórza z wyraźnie widocznym Jezusem na Corcovado, a także w pewnej odległości najdłuższy most Brazylii – ponad trzynastokilometrowy Ponte Rio-Niteroi. Na górę można też dostać się ścieżką turystyczną. Wyznaczono również około 270 tras wspinaczkowych.

Wzgórze to ostoja dzikich zwierząt, przede wszystkim małych małpek sagui, ale również niewielkich jaszczurek.

Naszym zdaniem wjechanie na szczyt Głowy Cukru i podziwianie wspaniałego widoku Rio de Janeiro to punkt obowiązkowy podczas pobytu w tym chyba najpiękniej położonym mieście na świecie.

Travellersi.pl

Zapraszamy do śledzenia naszego bloga na Bloglovin

Most Bastei w Saksońskiej Szwajcarii

Park Narodowy Saksońskiej Szwajcarii leży na granicy niemiecko-czeskiej, około 100 km od Zgorzelca. To pięknie położone tereny w Górach Połabskich obejmujące niemal 100 tys. hektarów i ponad 400 tras spacerowych i rowerowych. Najbardziej znanym punktem widokowym parku jest Bastei, położona nad brzegiem Łaby grupa skalna ze znanym, romantycznym, kamiennym mostem. Swoją nazwę wziął od ostatniego kamiennego ostańca przypominającego wyglądem basztę.

Z punktu widokowego rozpościera się wspaniały widok na położoną poniżej dolinę Łaby i okoliczne wzgórza i lasy.

Z uwagi na piękno tego miejsca i rozwijającą się modę na wycieczki krajoznawcze zbudowano tu schronisko, a w 1826 roku powstał pierwszy, drewniany most. Już 25 lat później w jego miejscu został zbudowany istniejący do dzisiaj most kamienny, który stał się symbolem i najczęściej odwiedzaną atrakcją parku.

Na końcu mostu znajdują się ruiny zamku Neurathen, które można zwiedzać. Pierwsza warownia powstała w tym miejscu w XII w., będąc wówczas największym kamiennym zamkiem w okolicy. Dość szybko popadła jednak w ruinę. Pierwsza wzmianka o pozostałościach zamku jako atrakcji turystycznej pochodzą już z 1755 roku.

Okolice mostu upodobali sobie wspinacze, zapewne z uwagi na pionowe skały i niesamowite widoki.

Warto również udać się na spacer jednym ze szlaków otaczających most i zamek, które widziane z pewnej odległości są nawet piękniejsze, niż z bliska.

Niemal pod same schronisko można podjechać samochodem. Gdyby nie było na nim miejsc około 3km dalej znajduje się kolejny parking, z którego do Bastei kursują autobusy.

Zachęcamy wszystkich do krótkiego wypadu w te okolice, nie tylko po stronie niemieckiej, ale również czeskiej.

Travellersi.pl

Zapraszamy do śledzenia naszego bloga na Bloglovin